Rap w Polsce
Polski rap nie kojarzy się zapewne zbyt dobrze słuchaczom – przekleństwa, wyzwiska, wulgaryzmy na każdym kroku, do tego przepełniony amoralnością i wyuzdaniem. Trudno się dziwić, że niewielu dorosłych akceptuje taką formę muzykę, a jeszcze mniejsza ich ilość takiego gatunku słucha.
I nie ma sensu bronienia stanowiska, że rap to nie tylko kryminalna muzyka dla marginesu społeczeństwa, bo to właśnie margines społeczeństwa najchętniej jej słucha. I to nie zawsze ze względu na walory estetyczne, brzmienie, formę – ale głównie z uwagi na tekst i treść, jaką wykonawca przekazuje swojej publiczności.
A owa treść nie jest wcale przyjemna, łagodna i miła dla ucha, bo opowiada o czarnej sferze życia człowieka, o bólu i cierpieniu, rozpaczy, niezrozumieniu, odepchnięciu i samotności. Rap rodził się w bólu właśnie, w nędzy gett i w ubóstwie artystów, którzy go potem wypromowali.
Trudno znaleźć gatunek muzyki naznaczony większym pesymizmem niż właśnie rap, który z założenia miał być czymś zgoła odwrotnym – manifestacją samego siebie.
Polska odsłona rapu wypada wyjątkowo żałośnie w porównaniu z wielkimi artystami prosto z Nowego Yorku. Wypada żałośnie nawet w porównaniu z wykonawcami z innej części Europy, bo zapomina o głównej wartości – przekazywaniu emocji. Zamiast tego faszeruje słuchaczy wulgarnością i niewysublimowanym językiem, który nie tylko ciężko słuchać, ale niekiedy nawet i zrozumieć. Trudno więc uważać, że w Polsce rap stoi na wysokim poziomie, to rzeczywistość jest zupełnie inna.